— Wstań i pójdź ze mną!

Scrooge chciał perswadować32, że nie jest ubrany, że ma katar, że w takim stanie lepiej jest pozostawać w ciepłym łóżku niż spacerować po nocy, do tego wśród takiego czasu; ale Duch nie pozwolił mu dojść do słowa, wziął go za rękę i pociągnął za sobą. Dotknięcie Ducha, chociaż tak delikatne jak wytwornej damy, nie dopuszczało oporu. Scrooge tedy wstał, lecz widząc, że Duch prowadzi go ku oknu, schwycił go za tunikę, wołając błagalnie:

— O, Duchu łaskawy! Ja przecież jestem zwykłym śmiertelnikiem, więc bardzo łatwo mogę upaść...

— Dotknę cię moją ręką ot tutaj — rzekł Duch, kładąc rękę na sercu Scrooge’a — a dotknięcie to sprawi, że wytrzymasz cięższe jeszcze próby.

Podczas tej uwagi Ducha, przeszli przez ścianę domu i znaleźli się daleko za miastem, na otwartej drodze wiejskiej, z polami po obydwu stronach. Miasto zniknęło zupełnie, nigdzie ani śladu zabudowań. Ciemność i mgła znikły razem z miastem, jaśniał teraz mroźny, lecz pogodny dzień zimowy: Ziemię pokrywał całun śniegu.

— Sprawiedliwe nieba! — zawołał Scrooge, rozglądając się dokoła i uderzając w ręce. — Przecież to moja wioska rodzinna... Wychowałem się tutaj, bawiłem się z rówieśnikami... Tak, tu spędziłem lata chłopięce...

Duch spoglądał na niego z łagodnym uśmiechem. Lekkie jego, przelotne dotknięcie obudziło uczucia starego Scrooge’a, który teraz chciwie wdychał balsamiczne wonie unoszące się w powietrzu, a każda wskrzeszała w nim tysiące wspomnień, nadziei, radości i trosk — dawno, dawno, zapomnianych...

— Twe usta drżą — odezwał się Duch. — A co tam błyszczy na twoim policzku?

— Nic! Nic! — wykrztusił wzruszony Scrooge. — Zapewniam cię, że wcale nie czuję obawy. Prowadź mnie, dokąd chcesz!

— Poznajesz tę drogę? — zapytał Duch.