Czymże były wesołe święta dla Scrooge’a? Precz z wesołymi świętami! Cóż one dobrego przyniosły mu kiedykolwiek?

— Szkoła nie jest jeszcze zupełnie pusta — zauważył Duch. — Znajduje się tam jakieś samotne dziecko, zapomniane i opuszczone przez wszystkich.

Scrooge szepnął, że wie o tym i gorzko zapłakał.

Minęli szeroką szosę i dobrze znajomą Scrooge’owi drożyną zbliżyli się do wielkiego gmachu zbudowanego z czerwonej cegły, na którym trzymała się jeszcze wieżyczka z dzwonem.

Był to niegdyś wspaniały dom, ale smutne spotkały go losy i teraz przedstawiał wymowne świadectwo znikomości rzeczy doczesnych. Ściany jego zewnętrzne wilgoć przeżarła i mchy pokryły, okna były pobite, bramy i drzwi popróchniałe. Drób gdakał i gospodarował po stajniach, a spichrze, wozownie i szopy porosły chwastem.

Wnętrze niczym nie przypominało dawnej świetności. Znalazłszy się w ciemnym, ponurym, pełnym śmiecia i błota korytarzu, przez otwarte drzwi ogarniało się wzrokiem cały szereg pokojów pustych i zimnych. Powietrze było przesycane wilgocią, z każdego kąta wyzierało opuszczenie. Zewsząd wiał chłód, mrożący duszę i wskazujący wielki niedostatek.

Duch i Scrooge szli przez sień do drzwi umieszczonych w tyle domu. Drzwi same otworzyły się przed nimi, odsłaniając drugą, pustą i posępną izbę zastawioną ławami z gładkich desek i pulpitami. Przy jednym z pulpitów samotny chłopiec czytał coś przy słabo tlejącym ogarku33.

Scrooge zakrył twarz dłońmi i zapłakał: poznał w tym upuszczonym chłopcu samego siebie...

Najmniejsze echo w tej pustce, pisk i bieganie myszy za obiciem ścian, krople spadające z na wpół odmarzniętej rynny gdzieś w tylnej części podwórza, słaby szmer bezlistnych gałęzi smutnej topoli, skrzypienie drzwi pustego spichrza, wiszących na naderwanym zawiasie, pryskanie dogasającego na kominku ognia — wszystkie te szmery i odgłosy spadały niby balsam kojący na duszę Scrooge’a, przynosząc mu ulgę i wyciskając coraz obfitsze strumienie łez.

Duch dotknął jego ramienia, wskazując mu jego dawne „ja” pogrążone w czytaniu.