— Jedno dziecko — poprawił Scrooge.
— Prawda — przyzwał Duch — a tym dzieckiem jest twój siostrzeniec.
Scrooge zmieszał się, poruszył niespokojnie i szepnął jakby ze skruchą:
— Tak!
Chociaż zaledwie przed chwilą opuścili gmach szkolny, mimo to znajdowali się już na ruchliwych ulicach Londynu, gdzie przechadzały się różne duchy, gdzie cienie wozów i powozów walczyły o miejsca dla siebie wśród zamieszania i zgiełku wielkiego miasta. Po ożywionym ruchu w sklepach można było poznać, że był to również dzień wigilijny. Wieczór już zapadł, latarnie oświecały ulice.
Duch zatrzymał się przed jakimś składem i zapytał Scrooge’a, czy go poznaje.
— Czy go poznaję? — zawołał Scrooge. — Przecież praktykowałem tutaj!
Weszli.
Przy wysokim biurku, siedział stary człowiek w walijskiej peruce. Na jego widok Scrooge zawołał z uniesieniem:
— Ależ to Fezziwig! Daj mu Boże zdrowie. Wszakże to żywiuteńki Fezziwig!