A właściciele sklepów kolonialnych42... Co u nich za skarby! Chociaż ich sklepy były do połowy zamknięte, lecz przez szpary można było podziwiać ich zasoby. Ale nie tylko zwracały tam uwagę wesołe szczękania talerzy wag; nie tylko furkot sznurków, szybko odwijanych z żelaznych kółek, aby nimi zręcznie oplatać paczki zakupionych towarów; nie tylko nieustanny brzęk blaszanych szufelek, nabierających kawę lub herbatę; nie tylko łoskot wydawany przez różnorodne paczki, rzucane na kontuar, które to się zjawiały, to znikały, jak kule w rękach żonglera...
Nie tylko zwracał tam jeszcze uwagę zmieszany aromat kawy i herbaty, tak przyjemny dla powonienia; nie tylko stosy czerwonych, dużych rodzynków i śnieżnobiałych migdałów; nie tylko góry cynamonu i innych silnie pachnących korzeni; nie tylko owoce smażone w cukrze, których sam widok łaskotał podniebienie; nie tylko festony mięsistego i soczystego winogradu43; nie tylko koszyki pełne skromnie zarumienionych śliwek francuskich: słowem, nie tylko wszystkie te przeróżne smaczne rzeczy przedstawiane w najponętniejszych postaciach...
Główną uwagę zwracali kupujący, niecierpliwie pragnący wypełnić dziś w zupełności od dawna umyślony plan. Trzeba było widzieć, jak się tłoczyli w drzwiach, uderzając jeden drugiego swymi koszykami i paczkami, zapominając na kontuarze część zakupów i szybko wracając po nie, popełniając tysiące pomyłek i przeoczeń z nadzwyczajną dobrodusznością — jednocześnie trzeba było podziwiać cierpliwość kupca i jego pomocników, ich uprzejmość, ich ugrzecznienie, z jakim się dziś starali zwracać do wszystkich. Zdawało się, że gdybyś od nich zażądał serca, to bez wahania wyjęliby je z piersi i ofiarowali z równą skwapliwością jak herbatę lub kawę.
Wtem zabrzmiały dzwony wzywające pobożnych do kościoła — i wkrótce ulice zaroiły się ludźmi, którzy poprzybierali nie tylko odświętne szaty, ale także najbardziej świąteczne miny.
Jednocześnie z bocznych ulic, uliczek i zaułków bez nazwy wypłynęło mnóstwo ludzi, którzy nieśli swój obiad do piekarza, ażeby go tam odgrzać.
Widok tych biednych, a jednak tak szczęśliwych w tej chwili, zdawał się najwięcej zajmować Ducha, zatrzymał się bowiem wraz ze Scroogem przy drzwiach jednego z piekarzy i podnosząc pokrywy naczyń w chwili, gdy niosący je przechodzili mimo44 niego, okadzał ich posiłek dymem swej pochodni.
Była to iście cudowna pochodnia; gdy bowiem kilku ludzi poczęło się o coś spierać i nawet padły z ich ust dość ostre wyrazy, Duch pokropił ich kilku kroplami rosy ze swej pochodni, a natychmiast wróciła im pogoda umysłu. Przyznawali teraz, że to wstyd sprzeczać się w dzień Bożego Narodzenia.
Niebawem umilkły dzwony, a sklepy piekarzy zamknięto. W powietrzu unosiły się smaczne zapachy odgrzewanych obiadów, a kominy pieców piekarzy wyrzucały kłęby dymu pomieszanego z parą.
— Zapewne twoja pochodnia ma jakąś szczególną własność? — zapytał Scrooge.
— Tak jest. Własność czynienia wszystkiego przyjemnym.