— Gdzież nasza Marta? — zapytał Bob Cratchit, rozglądając się po pokoju.
— Nie przyjdzie — odrzekła pani Cratchit.
— Nie przyjdzie? — powtórzył Bob, tracąc od razu dobry humor.
Był bowiem w najlepszym usposobieniu, nawet w drodze z kościoła do domu galopował dziarsko, udając konia Małego Tima, który był tym zachwycony.
— Nie przyjdzie? — powtórzył raz jeszcze z żalem. — Nie spędzi z nami wieczoru wigilijnego?
Marta nie chciała dłużej sprawiać ojcu przykrości, choćby nawet tylko przez żarty, wyszła tedy50 z ukrycia i otoczyła rękoma jego szyję, podczas gdy dwoje małych Cratchitów zajęło się Małym Timem i zaprowadziło go do kuchni, aby przysłuchał się, jak to śpiewa pudding gotujący się w kotle.
— A jakżeż zachowywał się Mały Tim? — zapytała pani Cratchit, nażartowawszy się do syta z łatwowierności Boba i pozwoliwszy mu serdecznie wyściskać córkę.
— Jak można najlepiej — odrzekł Bob. — To złote dziecko. Nie wiem, czemu to się dzieje, ale skutkiem przesiadywania w samotności robi się teraz jakimś marzycielem i wymyśla sobie najdziwniejsze rzeczy. Dziś, gdy wracaliśmy do domu, powiedział mi, iż jest pewny, że wszyscy ludzie w kościele zwrócili na niego uwagę dlatego, ponieważ jest kaleką, i że kalectwo jego powinno im w dniu Bożego Naradzenia przypomnieć Tego, który sprawił, iż chromi chodzili, a ślepi widzieli.
Głos Boba drżał, gdy wymawiał te słowa, a zadrżał jeszcze więcej, gdy dodał, że Mały Tim z każdym dniem staje się silniejszy i rzeźwiejszy.
Tymczasem dało się słyszeć stukanie małych kul o podłogę i po chwili do pokoju wrócił Mały Tim, wspierany przez braciszka i siostrzyczkę, którzy go podprowadzili do jego krzesełka przy kominku.