A gdy wreszcie ustąpił, byli weseli dziesięć razy więcej niż przedtem, ponieważ uwolnili się od tego okropnego Scrooge’a.

Bob Cratchit uroczyście oznajmił, że ma obiecane dla pana Piotra miejsce54, które mu będzie przynosiło aż półszósta55 szylinga tygodniowo. Dwoje małych Cratchitów roześmiało się serdecznie na myśl, że będą widzieli Piotra już jako człowieka pracy. Sam pan Piotr spoglądał w zamyśleniu przez otwór swego kołnierzyka w ogień, zastanawiając się zapewne nad tym, w jakich papierach ulokuje swoje oszczędności, skoro już znajdzie się w posiadaniu tak bajecznej pensji.

Marta, która pracowała u modniarki, opowiadała, jak wiele teraz ma do roboty, ile to godzin w porze większego ruchu musi pracować i że zamierza jutro wyspać się za wszystkie czasy; jutro bowiem miała dzień zupełnie wolny. Opowiadała także, iż przed kilku dniami widziała pewną hrabinę i pewnego lorda, a lord był prawie tego wzrostu co Piotr. Przy tych jej słowach Piotr podciągnął rogi swego kołnierzyka tak wysoko, że poza nimi głowa jego prawie zniknęła.

Tymczasem kasztany i poncz krążyły wciąż wśród rozbawionej rodziny, a Mały Tim zaśpiewał swym żałosnym głosikiem piosenkę o dziecku zasypanym przez śnieg, a śpiewał bardzo ładnie.

W tym wszystkim nie było nic szczególnego, a tym bardziej nic arystokratycznego. W rodzinie tej nie było ani jednej postaci wytwornej, pięknie ubranej. Ich obuwie straciło dawno własność nieprzepuszczania wody, ich odzież była dobrze wyszarzana56; dzieci wyglądały nędznie, a pan Piotr z pewnością znał dobrze wewnętrzne urządzenie lombardu. Mimo to byli szczęśliwi, zadowoleni i przepełnieni wdzięcznością za te skromne rozkosze, jakimi ich los obdarzał. Kochali się wzajem, panowała wśród nich zgoda i spokój ludzi uczciwych. W chwili, kiedy ich Scrooge opuszczał, zdawali się być jeszcze bardziej szczęśliwi w świetle błysków pochodni Ducha. Scrooge z trudnością oderwał od nich oczy, a zwłaszcza żal mu było rozstawać się z Małym Timem.

Zrobiło się ciemno i począł padać gęsty śnieg. Scrooge i Duch szli teraz przez ulice Londynu. W oknach domów błyszczały jasne, wesołe światła. Tu można było widzieć przygotowania do wieczerzy, bogato nakryte stoły, całe stosy talerzy ogrzewanych na gazie, kosztowne opony57 i meble; tam dzieci wybiegały na pokrytą śniegiem ulicę, aby powitać jak najprędzej przybywające zamężne siostry i braci, kuzynów, wujów, ciotki; ówdzie na oknach przesuwały się cienie zgromadzonych gości; tam znów dziewczęta, przybrane w futrzane kołnierze i takież buciki, szczebiocząc jedna przez drugą, lekkim krokiem spieszyły w sąsiedztwo. Biada kawalerom, którzy by teraz rzucili okiem na ich zarumienione twarzyczki i błyszczące, ożywione spojrzenia. Te figlarne czarodziejki wiedziały doskonale, jak są dla tych biedaków niebezpieczne!

Gdyby sądzić według mnóstwa ludzi, dążących w odwiedziny do krewnych lub przyjaciół, można by mniemać, że nie zastaną oni nigdzie nikogo na ich przyjęcie. Byłaby to omyłka. W każdym domu oczekiwano gości i na każdym kominku płonął wesoły ogień. Jakżeż Duch był szczęśliwy! Odsłaniał swoją szeroką pierś i otwierał swą pełną dłoń, na wszystko dokoła rzucając hojnie szczere, poczciwe, szlachetne rozradowanie. Nawet latarnik, przebiegający w ubraniu odświętnym ciemne ulice, aby ponurą mgłę ich rozjaśnić blaskami światła i który właśnie myślał o spędzeniu wieczoru u towarzysza pracy, roześmiał się głośno, gdy Duch przeleciał obok niego, chociaż poczciwina ani się domyślał, że spotkał istotę tak dziś ważną.

Wtem, bez żadnego uprzedzenia ze strony Ducha, znaleźli wśród jakiegoś rozległego pustkowia błotnistego, na którym wznosiły się tu i ówdzie rzucone ogromne głazy, jak gdyby to było cmentarzysko olbrzymów; woda, niemająca tu żadnego hamulca, zalałaby całą przestrzeń, gdyby mróz nie ujął jej w okowy lodowe. Oprócz mchu, paproci i twardej, ostrej trawy, nic więcej tu nie rosło. Na dalekim zachodzie niknące słońce pozostawiło pas płonącej czerwieni, spoglądającej na to rozpaczliwe pustkowie niby nabiegłe krwią oko rozjątrzonego tygrysa. Pas ten zapadał się coraz niżej, aż wreszcie pogrążył się zupełnie w ciemnościach nocy.

— Gdzie jesteśmy? — zapytał Scrooge.

— Tu mieszkają górnicy pracujący w głębiach ziemi — odrzekł Duch. — Patrz tam! Oni mnie poznali.