Teraz wszyscy usiedli dokoła kominka i zaczęli gwarzyć serdecznie. Matka i córki wciąż przy tym pracowały. Bob z ożywieniem opowiadał o szczególnej życzliwości, jaką mu okazał siostrzeniec Scrooge’a, którego spotkał na ulicy. Widział go tylko raz jeden, i to przelotnie, tymczasem dziś, gdy się spotkali, siostrzeniec Scrooge’a przywitał go serdecznie, a zauważywszy, że Bob ma niezwykły wyraz twarzy, zapytał go, czy mu się nie przytrafiło co złego...

— Oczywiście — mówił Bob — nie mogłem ukryć tego przed nim. To taki miły, dobry człowiek. Czy uwierzysz, droga żono, że bardzo go to obeszło. Powiedział mi: „Szczerze panu współczuję, panie Cratchit i proszę oświadcz również moje serdeczne ubolewanie zacnej małżonce”. Nawiasem mówiąc, nie pojmuję: skąd on wie o tym?

— O czym, mój drogi?

— Żeś ty zacna i dobra kobieta.

— Wszyscy o tym wiedzą! — zawołał Piotr.

— Dobrze powiedziane, mój chłopcze — pochwalił go ojciec. — Mam nadzieję, że tak jest istotnie, a nawet jestem o tym przekonany. „Szczerze wam obojgu współczuję, moi państwo”, powtórzył siostrzeniec Scrooge’a i dając mi swój bilet73, nadmienił: „Oto mój bilet. Może będę mógł panu być w czymkolwiek użyteczny, proszę zwróć się pan do mnie z całą otwartością”. Byłem wprost oczarowany, nie jego propozycją, nie myślą o tym, że może nam istotnie dopomóc, lecz jego uprzejmością. Wielce mnie tym ujął. Mógłby kto pomyśleć, że znał naszego Małego Tima i że żałuje go na równi z nami.

— Jestem pewna, że ma dobre serce — rzekła pani Cratchit.

— Upewniłabyś się jeszcze więcej, gdybyś go widziała i mówiła z nim tak, jak ja — podchwycił Bob. — Wcale bym się nie dziwił (uważajcie, co powiem!), gdyby Piotr przy jego poparciu otrzymał lepsze miejsce.

— Słyszysz, Piotrze? — rzekła pani Cratchit.

— A wtedy — zawołała jedna z dziewcząt — Piotr się ożeni i zamieszka u siebie!