Napisał adres niezupełnie pewną ręką, zszedł na dół otworzyć drzwi i czekać tam na indyka.

Gdy stał przed drzwiami, uwagę jego zwróciła kołatka.

— Poczciwa! Będę cię kochał, dopóki życia mi starczy... — zawołał, głaszcząc pieszczotliwie kołatkę dłonią. — Dziwna rzecz, żem nigdy przedtem nie zwrócił na nią uwagi. A jednak jak ona sympatycznie wygląda! Dobra, kochana kołatka. Lecz oto indyk, Hej, daj go tutaj! Jak się masz chłopcze! Życzę ci wesołych świąt.

Indyk był w samej rzeczy ogromny. Trudno było nawet przypuścić, żeby tak wielki i ciężki ptak mógł się utrzymać na własnych nogach. Chyba nie. Złamałyby się pod jego ciężarem jak dwie laski laku77.

— Ale ty, przyjacielu — rzekł Scrooge — nie dodźwigasz go do Camden Town. Musisz wziąć fiakra78.

Mówiąc to, odliczył należność za indyka i za fiakra, a śmiał się przy tym nieustannie. Wróciwszy na górę i usiadłszy w fotelu cały spocony i zadyszany, wciąż się śmiał jeszcze.

Niełatwo mu przyszło ogolić się, ponieważ ręce mu drżały, a wiadomo przecież, że ta czynność wymaga wielkiej uwagi nawet wtedy, kiedy się ją wykonuje podczas tańca. Ale gdyby nawet odciął sobie brzytwą kawałek nosa, to i wówczas nie straciłby dobrego humoru; zalepiłby rankę plasterkiem gumowym i nie myślałby więcej o niej.

Ogoliwszy się, przywdział najlepsze ubranie i wyszedł przejść się nieco.

Ludzie już wyroili się z domów i snuli się tłumnie, weseli, ożywieni, zupełnie tak samo, jak wtedy, kiedy odbywał wędrówkę po ulicach Londynu z Duchem Tegorocznego Bożego Narodzenia.

Z założonymi w tył rękoma Scrooge szedł z wolna, patrząc na wszystkich z wesołym uśmiechem. Miał tak sympatyczną minę, że trzech czy czterech jegomościów, już w dobrych humorach, zaczepiło go słowami: