— Pan Spenlow...

— Cóż się z nim stało?

— Umarł.

W oczach mi pociemniało. Jeden z aplikantów posadził mnie, odwiązał krawat, podał wody. Jak długo to trwało, nie potrafiłbym powiedzieć.

— Zmarł!

— Obiadował wczoraj w mieście i, wracając do domu, sam powoził, wysławszy naprzód, jak to zwykł był czynić, stangreta...

— I cóż?

— Powóz wrócił pusty do domu. Konie zatrzymały się przed stajnią, służący wybiegli ze światłem, w pojeździe nie było nikogo.

— Konie poniosły czy co?

— Nie wiadomo. Nie były wcale zgrzane — mówił Tiffey, nakładając okulary — wyglądały tak, zwyczajnie. Lejce były porwane wprawdzie. Cały dom się poruszył, wybiegli szukać... Znaleźli o milę...