— Cieszę się, żeś pan nabrał tak zadowalających przekonań.
— Wdzięczny ci jestem, kochany Copperfieldzie — odrzekł i natychmiast zanucił ulubioną jakąś piosenkę.
— Często widujesz pan pana Wickfielda? — spytałem.
— Niezbyt często — odparł z pewnym lekceważeniem. — Człek to zapewne najzacniejszy, ale... ale zastały, przestarzały.
— Czy czasem nie dzięki swemu wspólnikowi? — rzekłem.
— Pozwól, kochany Copperfieldzie — ozwał się po chwili zmieszania — pozwól, że pewną uczynię uwagę. Cieszę się tu zaufaniem, ale na dotykanie tematów pewnych nie pozwalam sobie nawet z panią Micawber, przez lat tyle towarzyszką mej doli i niedoli. Otóż pozwolę sobie zauważyć, że przyjaznym naszym zwierzeniom powinna zostać wytknięta pewna granica, tak, pewna granica. Po jednej stronie pozostawimy to wszystko, co jest potrzebą wymiany umysłowej i serdecznej, po drugiej to, co się tyczy spraw i interesów Wickfield i Heep. Sądzę, że nie obrażę młodego mego przyjaciela, proponując mu zachowanie rzeczonej granicy?
Chociaż dostrzegłem zaszłe98 w nim zmiany, dające wiele do myślenia o nowo obranym zawodzie, nie mogłem się obrazić za to, co mówił, upewniłem go o tym.
— Jeszcze lepiej, kochany przyjacielu! — rzekł, ściskając mi dłonie. — Co do panny Wickfield, uważam ją za kobietę ze wszech miar wielką. Uosobienie to wdzięku, dobroci i rozumu. Na honor — kończył, całując końce swych palców i skłaniając ze szlachetną powagą głowę — na honor! Doskonalszej nie znam kobiety!
— Cieszę się tym — rzekłem.
— I gdybyś nie zapewnił był nas — ciągnął dalej — w pamiętne owo popołudnie, że ulubioną twą literą jest D, sądziłbym doprawdy, że A być nią powinna.