— Powiedziałeś pan już i tak za wiele — wtrącił wyzywająco Uriah. — Nie brałbyś tego wszystkiego tak do serca, no... ano, na trzeźwo. Jutro sam pan to przyznasz. Jeśli, powtarzam, posunąłem się za daleko, to i cóż? Nie ma o czym mówić.

Drzwi się otwarły i weszła Agnieszka. Śmiertelnie była blada; otoczyła ramieniem szyję ojca, mówiąc poważnie:

— Niezdrów, widzę, jesteś, ojczulku! Chodź, pójdziemy.

Oparł się na jej ramieniu, wychodząc. Zdawał się pognębiony przygniatającą go hańbą. Zamieniłem z Agnieszką spojrzenie. Domyślała się, co zaszło.

— Nie przypuszczałem, że się tak obrazi — ozwał się Heep, skoro drzwi za odchodzącymi się zamknęły. — Na honor, nie przypuszczałem. Przejdzie to do jutra i w najlepszej znów będziemy harmonii. Pracuję przecież dla jego dobra i korzyści.

Nie odpowiedziałem mu i poszedłem wprost na górę, do bawialnego pokoju, gdzie niegdyś trawiłem wieczory z książką u boku Agnieszki, pod okiem jej ojca. Północ wybiła, gdym poczuł na ramieniu dotknięcie Agnieszki.

— Wcześnie jutro odjedziesz; przyszłam cię pożegnać.

Oczy miała zapłakane, lecz była spokojna.

— Niech cię Nieba mają w swojej opiece — dorzuciła, ujmując moją rękę.

— Agnieszko — przemówiłem — droga moja, kochana Agnieszko! W czym mógłbym być ci pomocnym?