Wyszedłem był właśnie z Commons. Padał śnieg. Dzień był chłodny, dął północno-zachodni wiatr, lecz ze zmierzchem ucichł i tylko śnieg słał się dużymi płatkami, przyciszając turkot kół i szmer stóp ludzkich. Ulice zdawały się opierzone na biało.
Najkrótsza droga do domu — a przy podobnej pogodzie najkrótszą obierałem drogę — wiodła przez St. Martin’s Lane. Kościół, nadający nazwę przejściu, stał wówczas nie w tak otwartym jak obecnie miejscu. Przy bramie spotkałem kobietę. Spojrzała na mnie i przeszła na drugą stronę. Twarz ta była mi znana. Musiałem ją gdzieś widzieć. Gdzie? Tegom przypomnieć sobie nie mógł118, lecz widziałem już ją przedtem, za to mogłem ręczyć.
Na stopniach świątyni stał mężczyzna, złożywszy na świeżym śniegu zrzucony z pleców worek. Ujrzawszy go, poznałem od razu. Nie wiem, czy mnie zdziwienie przykuło do miejsca, lecz przechodzień odwrócił się, postąpił naprzód i oko w oko stanąłem z panem Peggotty.
Wówczas przypomniałem też sobie, gdziem widział dopiero dojrzaną twarz kobiecą. Była to Marta, ta sama, której niegdyś Emilka w kuchni mojej piastunki dawała jałmużnę... Marta, ta sama, obok której, wedle zapewnień Hama, pan Peggotty nie pozwoliłby Emilce zatrzymać się na jedno okamgnienie, za nic — za wszystkie mórz i lądów skarby.
Uściskaliśmy się. Przez długą chwilę żaden z nas nie mógł przemówić.
— Panie Davy — ozwał się wreszcie — kochany paniczu! Co za miłe spotkanie!
— Równie miłe jak niespodziane, stary mój, dobry przyjacielu!
— Miałem właśnie dowiedzieć się o pana dziś wieczorem, lecz usłyszałem tam, w Yarmouth, gdziem zachodził, że ciotka panicza mieszka tym razem z paniczem, i bałem się, czy nie za późno. Chciałem tedy zajść jutro rano, wcześnie, przed odejściem w dalszą drogę.
— W dalszą drogę? — spytałem — Dokąd?
— Nie wiem, gdzie oczy poniosą — rzekł, wstrząsając długie, śniegiem przysypane włosy.