— Matce, żonie wielebnego125 Horacjusza Crewlera. Gdy wspomniałem z największą ostrożnością, krzyknęła i zemdlała. Miesiące upłynęły, zanim ośmieliłem się przemówić powtórnie.

— Jakże to było?

— Pomógł mi sam wielebny Horacjusz. Najgodniejszy to pod słońcem człowiek. Przekonał żonę, że winna126 zrobić tę ofiarę, że zaś ofiara odległa jeszcze jest, powinna mi wybaczyć. Co do mnie, upewniam cię, zdawało mi się, że jestem co najmniej jastrzębiem w gołębniku.

— Ale siostry musiały być za tobą?

— Nie mogę tego powiedzieć. Gdy skończyłem z matką, przyszła kolej na Sarę, wiesz, tę, co niedomaga, chorą na kręgosłup.

— Pamiętam.

— Załamała ręce, przewróciła oczy, zbladła jak chusta, padła bez zmysłów. Przez dwa dni nic do ust nie wzięła oprócz grzanek z wodą.

— Nieznośna dziewczyna — zauważyłem.

— Przeciwnie, mój drogi, śliczne to, kochane dziewczę. Taka przy tym uczuciowa. Wszystkie one zresztą są uczuciowe. Zofia mówiła mi potem, że nikt nie zdoła wyobrazić sobie, jakich się od Sary nasłuchała wyrzutów. Wierzę bardzo. Czułem, jakbym popełnił jakąś zbrodnię. Po Sarze przyszła kolej na pozostałe osiem, a na każdej wywarło to piorunujące wrażenie. Dwie najmłodsze, te, których wychowaniem Zofia się zajmuje, znienawidziły mnie.

— Teraz się przynajmniej z tobą pogodziły?