— Niech i tak będzie — westchnęła panna Lawinia — dopóki tedy nie nadarzy mi się sposobność wypróbowania tych uczuć.

— Zgodzisz się zapewne, Copperfieldzie — zwrócił się do mnie Traddles — na słuszność stawianego żądania?

— Najzupełniej! — zawołałem uszczęśliwiony.

— W takim razie — mówiła panna Lawinia, znowu zaglądając do swych notatek — musimy nadto wziąć od pana Copperfielda słowo honoru, że nie będzie w tajemnicy przed nami dążył do żadnych porozumień z bratanicą naszą, żadnego nie uczyni kroku, z którego by się wpierwej132 nie zwierzył nam...

— Tobie, siostro Lawinio!

— Niech i tak będzie — westchnęła panna Lawinia — z którego by się tedy mnie nie zwierzył. Na to musimy mieć słowo pana Copperfielda, aby żadne w tej mierze nie powstało nieporozumienie. Jeśli pan, panie Traddles, lub przyjaciel pański możecie mieć w tym względzie jakąś wątpliwość, pozostawimy to wam do namysłu.

Zapewniłem, że namysł jest niepotrzebny, zobowiązałem się słowem honoru, biorąc Traddlesa na świadka, i oświadczyłem, że gardziłbym sam sobą, jeślibym się w najmniejszej mierze sprzeniewierzył danemu słowu.

— Stój pan — zawołała panna Lawinia, podnosząc rękę — stój pan. Umówione było między nami, że damy panom kwadrans czasu do namysłu. Odetchniemy tedy, za pozwoleniem...

Darmo upewniałem, że namysł jest zbyteczny. Tak było umówione, więc wyszły pełne ptasiej godności, pozostawiając mnie z Traddlesem, który się rozpłynął w powinszowaniach133. Równo po upływie kwadransa zjawiły się, szeleszcząc jedwabnymi sukniami, tak jak gdyby ptasie skrzydła ciągnęły po zeschłych jesiennych liściach.

Powtórzyłem uprzednie przyrzeczenie.