— O! Dzięki panu, panie Copperfield, o nikogo w szczególności, to jest w każdym razie o żadnego mężczyznę.

— Więc o kobietę chyba — zauważyłem.

Spojrzał z ukosa czerwonymi swymi oczyma i uśmiechnął się:

— Doprawdy, paniczu... to jest panie Copperfield: zawsze się mylę, niech mi pan wybaczy, stare nałogi! — tu położył zimną i wilgotną dłoń na mej ręce. — Doprawdy, umiesz pan wszystko ze mnie wydobyć, chociaż nie chciałem nic wzmiankować o pani Strong, nie chciałem, doprawdy.

— Co mam przez to rozumieć? — spytałem.

— Prawnikiem jestem przecie — wykrzywił się — i nadaję słowom mym to tylko, jakie mieć mogą, znaczenie.

— A spojrzeniom?

— Spojrzeniom! No! Ciężki z pana sędzia śledczy! Spojrzeniom?

— Tak jest, spojrzeniom? — pytałem.

Zdawał się być rozbawiony, śmiał się, pocierał brodę i, nie podnosząc oczu, mówił pomału: