Omnibus dowiózł nas do Covent Garden. Stamtąd mieliśmy wziąć drugi do Highgate. Z niecierpliwością oczekiwałem chwili, kiedy mi Agnieszka powie coś o Dorze. Chwaliła ją. Zachwycała się pięknością i wdziękiem mej wybranej. Z właściwym sobie taktem zwracała uwagę moją na obowiązki, jakie przyjąłem względem tego osieroconego dziecka.

Nigdy, nie, nigdy nie kochałem Dory tak głęboko i gorąco, jak tego wieczoru. Gdyśmy znów opuścili omnibus, kierując się ku domowi doktora Stronga, powiedziałem to Agnieszce.

— Gdyś siedziała obok niej — mówiłem — zdawało mi się, że jesteś tak jej, jak i moim dobrym aniołem.

— Biedny ze mnie anioł — odrzekła — ale wierny. — Czysty głos jej szedł mi prosto do serca, z serca też powiedziałem:

— Tak cię znów widzę pogodną, Agnieszko, że mi do serca wstąpiła otucha i myślę, że domowe twoje sprawy ułożyły się pomyślnie.

— Uspokoiłam się — rzekła — weselsza jestem.

Spojrzałem na jasną, spokojną, ku gwiazdom podniesioną twarz.

— Nie, w domu żadne nie zaszły zmiany — ozwała się po kilku chwilach.

— Żadnej nowej zmiany, daruj to pytanie, Agnieszko, w tym, o czym była mowa podczas ostatniej mej u was bytności?

— Żadnej — odrzekła.