— Ha! — zawołał Uriah — co za smutne, a wymowne zeznanie tak wiernego przyjaciela! Gdym był jeszcze aplikantem, pamiętasz, Copperfieldzie, ileśmy razy zauważyli, jak się wzdrygał, nie śmiejąc w dobroci swej i przyjaźni przerwać niestosownego dla panny Agnieszki stosunku.

— Przyjacielu mój drogi, kochany przyjacielu! — drżącym głosem mówił prawnik — nie zważaj na to. Wiesz, że słabością moją było szukać we wszystkim przyczyn i to mnie zaślepiało, nasuwało niczym częstokroć nieusprawiedliwione podejrzenia.

— Więc miałeś podejrzenia? — głucho, nie podnosząc głowy, odezwał się doktor Strong. — Podejrzewałeś?

— Śmiało, śmiało, kolego! — zachęcał Uriah.

— Zapewne — bełkotał prawnik — zapewne. Zdawało mi się nawet, żeś takowe sam powziął, mój przyjacielu!

— Ja? Nie, nie, nigdy! — z patosem rozpaczy zaprzeczył starzec.

— Tak mi się zdawało — uniewinniał się pan Wickfield. — Chciałeś go przecie wysłać za granicę?

— Tak, dla dogodzenia Annie i zapewnienia przyszłości towarzyszowi jej lat dziecinnych. Dlatego tylko.

— Wierzę, gdy mi to mówisz; przekonałem się teraz, że dlatego tylko, lecz wówczas... ja zaś w zaślepieniu swym upatrywałem w tej różnicy wieku...

— W tym to rzecz, jak pan widzi, panie Copperfield — zauważył Uriah z ubliżającym politowaniem.