— Myśl sobie, co ci się podoba — odparłem ze wzgardą.

— A ja cię jednak zawsze lubiłem — dorzucił.

Nie raczyłem odpowiedzieć i, wziąwszy kapelusz, chciałem wyjść. Stanął pomiędzy mną a drzwiami.

— Do kłótni trzeba, by obie strony były niezadowolone — zauważył. — Ja nie mówię tego o sobie.

— Idź do diabła! — zawołałem.

— Ciszej! Pożałujesz może tych słów! Unosząc się, dajesz mi przewagę nad sobą. Przebaczam ci wszakże.

— Ty mi przebaczasz! Ty?!

— Tak, ja! Rzucasz się na mnie, odwracasz ode mnie, który ci byłem prawdziwym przyjacielem, ale powtarzam: dla zwady potrzeba dwóch wrogów, a ja twym wrogiem nie będę i pomimo wszystko, pomimo twej woli pozostanę przyjacielem. Wiesz teraz, czego się masz spodziewać.

Konieczność prowadzenia tej rozmowy ściszonym głosem — Uriah mówił cały czas cicho i z wolna, ja głośno i szybko — nie zdołała mnie uspokoić. Odpowiedziawszy mu, że wiem doskonale i zawsze wiedziałem, czego się po nim można spodziewać, odepchnąłem go ode drzwi, wychodząc na dziedziniec. Natychmiast wszelako dostrzegłem, że szedł tuż za mną. Wracał do pobliskiego mieszkania zacnej swej rodzicielki. Dogonił mnie.

— Mówię ci, Copperfieldzie — syknął mi nad uchem, gdyż nie raczyłem nawet odwrócić głowy — mówię ci, że to ty w fałszywym stawiasz się położeniu.