— Co tam masz na tym półmisku, duszko? — spytałem wreszcie.
Dora mrugała na mnie porozumiewawczo.
— Ostrygi — rzekła nieśmiało.
— Więc i o tym pomyślałaś, gosposiu luba! — zawołałem uradowany.
— Ta-a-k, Doady.
— Wybornie! Wiem, że je Traddles lubi.
— Ta-a-k — mówiła, potrząsając loczkami — kupiłam całą baryłkę, kupiec upewniał, że są doskonałe, ale... ale... boję się... coś się stało... niezupełnie zdają się dobre.
W oczach Dory mieniły się łzy.
— Źle są otwarte — uspokajałem ją. — Podnieś wierzchnią skorupkę.
— Ależ kiedy się nie daje — mówiła, mieszając się coraz bardziej.