Przeszło parę tygodni, a ku wielkiemu memu zdziwieniu nie słyszałem nic więcej o powziętych przez pana Dicka zamiarach. Zdawało mi się nawet, że mu już to wywietrzało z myśli.

Pewnego wieczoru Dora nie chciała wyjść z domu i sam z ciotką poszedłem do doktora. Jesień już była, wieczór wilgotny, liście, szeleszcząc pod naszymi stopami, napełniały powietrze wonią przypominającą mi Blunderstone. Wiatr stare nawoływał wspomnienia.

Ściemniło się, zanim doszliśmy do mieszkania doktora. Pani Strong wracała właśnie z ogrodu, gdzie pan Dick pozostał jeszcze, ścinając róże. Doktor zajęty był w swej pracowni z kimś, kto miał odejść natychmiast. Weszliśmy do bawialnego pokoju i usiedliśmy w cieniu okna. Między takimi przyjaciółmi jak my ceremonie były zbyteczne.

Zaledwie usiedliśmy, wpadła z gazetą w ręku pani Markleham, wołając:

— O! Na Boga! Annie! Czemuś mnie nie ostrzegła, kto jest w gabinecie!

— Mogłamże168 wiedzieć — łagodnie odrzekła córka — że mamie potrzebna ta wiadomość?

— Potrzebna? — oburzyła się, padając na kanapę, Herod-baba. — Nigdym się tak jeszcze nie przestraszyła169.

— Czy mama wchodziła tam? — spytała Annie.

— Czy wchodziłam?! — zawołała z emfazą — naturalnie, że wchodziłam i jak sądzicie, panno Trotwood, panie Dawidzie, na co natrafiłam? Poczciwiec ten sporządzał testament.

Córka jej spojrzała wystraszona.