— Trzeba — rzekł — aby co wieczór i przez noc całą w tym oto oknie paliła się świeca i z dala już mówiła jej, jak dotąd mawiała: „Wracaj, kochanie, gołąbko nasza, wracaj, czekają ciebie”.
— Ham — rzekł, zwracając się do synowca — jeślibyś kiedy usłyszał wieczorem czy w nocy pukanie, wiesz, ciche jej pukanie do drzwi ciotki, nie otwieraj sam. Niech ją lepiej spotka ciotka, lżej biedaczce będzie.
Szedł czas jakiś przed nami, milcząc. Spojrzałem na Hama. Wpatrzony w jasną linię na skraju horyzontu i morza miał ten sam co przedtem wyraz twarzy. Dotknąłem jego ramienia, lecz dwa razy powtórzyć musiałem imię, nim się zbudził z zadumy. Spytałem go, o czym myślał.
— O tym tam — odrzekł, wskazując morze.
— O tym, co masz przed sobą, prawda? — spytałem z naciskiem.
— E, paniczu, nie wiem jak, lecz wiem, że koniec stamtąd przyjść musi — rzekł, patrząc wciąż na morze z tym samym co przedtem wyrazem twarzy.
— Jaki koniec? — spytałem zdjęty uprzednią trwogą.
— Nie wiem — odrzekł zamyślony — myślałem po prostu, że tam, gdzie był początek, tam musi być i koniec... Lecz to już przeszło — dodał, odpowiadając memu spojrzeniu — i niepotrzebnie pan boisz się, jestem oszołomiony i sam nie wiem, co myślę i mówię.
Pan Peggotty zatrzymał się, my także i rozmowa urwała się, lecz pozostała mi w pamięci i przypomniałam ją sobie, gdy w swym czasie istotnie nieubłagany nadszedł koniec.
Wkrótce doszliśmy do starej łodzi. Pani Gummidge zamiast, jak zwykle, jęczeć i wzdychać w swym kącie, krzątała się koło śniadania. Wzięła kapelusz od pana Peggotty, przysunęła mu krzesło, a mówiła tak pocieszająco i rozsądnie, żem jej nie poznawał.