Powstała na moje spotkanie. Bledsza była i mizerniejsza niż dawniej i oczy jej wydały mi się bardziej rozbłysłe, a szrama na twarzy wyraźniejsza.
Spotkanie nasze nie mogło być przyjazne, rozstaliśmy się w gniewie i żalu. Starała się ukryć wyraz wzgardy przebijający z jej twarzy.
— Pani ma mi coś do powiedzenia — rzekłem chłodno, nie siadając i tylko opierając rękę o poręcz wskazanego mi krzesła.
— Tak jest — odrzekła — chciałam spytać, czy dziewka ta została odnaleziona?
— Nie.
— Uciekła jednak!
Usta jej drgały powstrzymywanymi obelgami.
— Uciekła? — powtórzyłem.
— Tak, od niego — zaśmiała się sucho. — Zapewne nie zostanie odnaleziona. Nie żyje już może.
Nigdy nie widziałem w niczyich oczach przebłysku tak zimnego okrucieństwa.