— Nie, Różo, nie — uprzedziła wybuch swej towarzyszki pani Steerforth. — Niech i tak będzie. Słyszałam, żeś się pan ożenił?
Odpowiedziałem, że istotnie od niejakiego już czasu jestem żonaty.
— I dobrze się panu powodzi? Mało mnie wieści dochodzi w odosobnieniu moim, słyszałam jednak, że imię pańskie coraz większego nabiera rozgłosu.
— Istotnie — rzekłem — udało mi się zyskać pobłażliwych czytelników.
— Ma pan matkę? — spytała łagodniej.
— Nie mam, pani.
— Szkoda, dumna byłaby z syna! Żegnam pana.
Wziąłem podaną mi rękę. Chłodna była i spokojna, jak gdyby w piersiach kobiety tej nie wrzały wulkany żalu. Duma nadała jej rysom kamienny wyraz. Wzrok tonął w dali.
Odchodząc, zauważyłem, że obie z jednostajnym natężeniem w dal patrzały. Ogarniały je z wolna wieczorne cienie. Tu i ówdzie zapalono lampy, chociaż czerwonawe blaski na zachodnie nie pogasły jeszcze zupełnie. Z doliny powstawała, podnosząc się białą parą, gęsta mgła. Zdawało się, że zaleje wszystko, występując do walki nawet z wieczornymi cieniami. Pamiętam i dziś mnie jeszcze wspomnienie to mrowiem przejmuje. Zanim powtórnie spotkałem te dwie kobiety, fale burzliwego morza rozbiły się u ich stóp.
Rozmyślając o tym, czegom się dowiedział177, postanowiłem jak najprędzej oznajmić wszystko panu Peggotty. Zaraz nazajutrz tedy rozpocząłem poszukiwania. Włóczył się ciągle to tu, to tam, lecz wracał do Londynu i nieraz o zmroku widziałem, jak się snuł po placach i ulicach, ze strachem spoglądając na przechadzające się po trotuarach kobiety.