— Mnie? — spytał cichy, łagodny głos, który napełnił mnie dreszczem, był to bowiem głos Emilki.

— Tak, ciebie — odparła ostro panna Dartle. — I cóż, nie płoniesz ze wstydu?

Głos ten ostry, niemiłosierne słowa, przepojone nienawiścią i wzgardą, uplastyczniły mi ją, chociaż widzieć nie mogłem. Czułem pożerający płomień jej oczu, drżące i sine wargi, głęboko na pobladłych chudych policzkach występującą szramę.

— Chciałam — mówiła — zobaczyć igraszkę chwilowej zachcianki, którą się James Steerforth prędko znudził, bezwstydnicę, co mu się uwiesiła u szyi, stając się urągowiskiem motłochu w swym rodzinnym mieście, nadętą, wymuskaną kochankę podobnych jemu paniczów. Chciałam widzieć, jak to wyglądać może.

Coś zaszeleściło. Widocznie nieszczęsna, słowami tymi policzkowana dziewczyna rzuciła się ku drzwiom, uciekać chciała, lecz panna Dartle powstrzymała ją zapewne. Chwilę panowało milczenie.

Gdy się panna Dartle ponownie odezwała, głos jej syczał przez zaciśnięte zęby, tupała nogą.

— Stać mi tu albo wszystkim tam na głos powiem, kim jesteś, po imieniu cię nazwę. Nie puszczę cię, chociażbym ci wszystkie wyrwać miała włosy.

Słowom tym odpowiedział jęk przyciszony i nowe zaległo milczenie. Nie wiedziałem, co przedsięwziąć. Chciałem skrócić tę wstrętną scenę, z drugiej znów strony czułem, że rzeczą pana Peggotty było zjawić się pomiędzy nimi. O! kiedyż, kiedy nadejdzie!

— I tak — zaśmiała się zjadliwie panna Dartle — mam ją wreszcie, tę nierządnicę, widzę. Trzebaż być głupim, aby się dać wziąć na tę udaną skromność i niewinność, na tę zwieszoną głowę świętoszki!

— O! Na miłość boską — zawołała Emilka — oszczędzaj mnie pani. Kiedy już znasz nieszczęsną mą historię, zlituj się, jeśli chcesz, by się nad tobą zlitowano.