— Ufamy panu, panie Micawber — rzekłem — i gotowiśmy we wszystkim zastosować się do pana.
— Ufność pańska, panie Copperfield, zawiedziona nie zostanie! Upraszam o pozwolenie ulotnienia się na pięć minut, po czym będę miał honor witać tu obecnych, a przybyłych dla odwiedzenia panny Agnieszki Wickfield, w kancelarii Wickfield i Heep, na której pozostaję żołdzie.
Ciotka i ja spojrzeliśmy na Traddlesa, który się skłonił potakująco.
— Nic więcej na daną chwilę215 nie mam do powiedzenia — zawołał pan Micawber, kłaniając się i znikając nam sprzed oczu blady, zmieniony i widocznie niespokojny.
Na pytające moje spojrzenia Traddles odpowiadał tylko uśmiechem, skłaniając najeżoną włosami głowę. Wyjąłem tedy zegarek z kieszeni, licząc minuty. Ciotka poszła za mym przykładem. Po upływie pięciu minut Traddles podał jej ramię i w milczeniu udaliśmy się wszyscy do starego domu prawnika.
Na dole, w kancelarii, zastaliśmy pana Micawbera przy biurku. Pisał, czy też udawał, że pisze. Linię216 miał zatkniętą za surdut, skąd wystawała jak dzida.
Zdawało mi się, że do mnie w danym razie należy pierwsze słowo; powitałem go tedy:
— Jak się pan miewa, panie Micawber?
— A! Pan Copperfield! — odrzekł z powagą. — Witam pana! Czym mogę panu służyć?
— Czy zastaliśmy w domu pannę Wickfield? — spytałem.