— Słyszę — odparł niewzruszony pan Micawber.

— Więc czemu tu stoisz?

— Bo... ano... bo mi się tak podoba! — wybuchnął pan Micawber. Uriah pobladł, poczerwieniał, każdy muskuł drgał mu w twarzy.

— Głupcem jesteś i arogantem — syknął, siląc się na uśmiech. — Wszyscy to wiedzą i boję się bardzo, że zmuszonym będę wydalić cię. Pomówimy o tym później.

— Jeśli jest łotr pod słońcem — krzyknął, unosząc się, pan Micawber — z którym za wiele już mówiłem, to najpewniej Heep!

Heep cofnął się, jakby w same ugodzony piersi. Mętnym i wściekłym potoczył po nas wzrokiem.

— Oho! Zasadzka! — syknął. — Zebraliście się tu, by mnie podejść. Zmówiłeś się, Copperfieldzie, z moim aplikantem. Ale ostrożnie! Wiemy, co o sobie myśleć mamy. Wiadomo, że pomiędzy nami wielkich afektów nie ma i nie było. Jesteś, odkąd cię znam, nadętym mazgajem, zazdrościłeś mi mego wyniesienia się, lecz znajdę na ciebie broń, przeciwstawię się twym intrygom. Micawber! Mówiłem ci już, byś wyszedł.

— Panie Micawber — rzekłem — jegomość ten wygląda istotnie tak, jak gdyby był przyparty do muru. Postąp pan z nim, jak na to zasłużył.

— O! Zacni, szlachetni — śmiał się z cicha Uriah, ocierając grube krople potu, co mu wystąpiły na czoło. — Przekupywać mego podwładnego! Te szumowiny społeczne, tego wyrzutka, jakim zresztą byłeś ty, Copperfieldzie, zanim cię jako żebraka i włóczęgę nie przygarnięto. Przekupywać go, by mnie oczernić jego oszczerstwami! Pięknie! Bardzo pięknie! I pani to, panno Trotwood, znosisz? Wstrzymaj go lub ja zatrzymam męża pani! Ha, ha! Znam tę historię! Czego my prawnicy nie wiemy! A pani, panno Wickfield, przez wzgląd na ojca nie powinna byś217 się w to wszystko wdawać. Ojciec twój jest w moich rękach; zgubić go mogę jednym słówkiem. Aha! Widzicie, z kim macie do czynienia, widzicie! Pomyślcie o tym dobrze. Pomyśl, Micawber, że cię zdeptać mogę, a teraz opamiętaj się i oddal póki czas!

— Gdzie matka!? — zawołał i, obejrzawszy się, spostrzegł, że nie ma Traddlesa. Sięgnął ręką do dzwonka. — Ha! Napadać kogoś we własnym jego domu!