— Jak na teraz, cała — odrzekła.
— A ten najstarszy chłopak, na co się kieruje?
— Przybywając tu — głos zabrał ojciec — marzyłem dlań o stanie duchownym, to jest chciałem poświęcić go katedralnym chórom. Niestety, nie było wolnego miejsca dla tenora i syn mój zamiast w świątyni poszedł śpiewać w ogródkach i oberżach.
— Zamiary jego są najlepsze — wtrąciła pani Micawber.
— Ośmielę się tak wnosić, duszko, zamiary jego są najlepsze, tylko w czyn ich nie wprowadza.
Rozgoryczenie pana Micawbera wzięło górę nad łzami i nie bez złości spytał, co miał począć. Urodzić się cieślą, malarzem koczów, ptakiem? Pójść na przyległą ulicę i sklep otworzyć czy iść do sądu i ogłosić się prawnikiem? A może szturmem zdobyć operę? Co miał począć, gdy go niczego nie wyuczono?
Ciotka moja po chwili zastanowienia przemówiła:
— Dziwię się, panie Micawber, że panu nigdy na myśl nie przyszła migracja.
— Pani — odrzekł zagadniony — marzeniem to było mej młodości, dążeniem dojrzałego wieku.
Pewien byłem, pomimo tych zapewnień, że mu się myśl ta po raz pierwszy nasuwała.