— Czy będziesz myślał o mnie jako o bardzo niedorzecznej, gdy ci coś powiem? Słyszałam wprawdzie, że pan Wickfield jest niezdrów, ale chce mi się, i to koniecznie, widzieć Agnieszkę.

— Napiszę jej to.

— Doprawdy?

— Natychmiast.

— Dobry, kochany chłopcze! Chodź, Doady, bliżej, otocz mnie ramieniem. Tak, dobrze. Widzisz, kochany, to nie czczy kaprys. Muszę ją widzieć, naprawdę muszę.

— Wierzę ci, najdroższa moja, i pewien jestem, że Agnieszka po otrzymaniu listu natychmiast przybędzie.

— Czy tam na dole jest ci beze mnie bardzo teraz smutno, samotnie? — pytała Dora z zarzuconymi na mą szyję rękami.

— Jakżeby mogło być inaczej, kiedy patrzę na puste twe krzesło.

— Puste krzesło! — przytuliła się do mych piersi i milczała chwilę. Po niejakim czasie podniosła oczy błyszczące, pytając z uśmiechem — Więc ci brak, Doady, biednego głuptaska, grymaśnej dziewczyny?

— Słuchaj, co ci odpowie moje bijące przy twoim serce.