Musieliśmy przejść przez galerię całą oszkloną i otoczoną pnącym się dzikim winem. Dzień był słoneczny, do ogrodu wiodły szklane otwarte drzwi. Dochodziliśmy do nich właśnie, gdy nas niedosłyszalnymi kroki dogoniła panna Dartle.

— Dobrześ pan zrobił — rzekła do mnie — przywodząc tu tego jegomościa.

Tyle wzgardy i gniewu paliło się w jej oczach, żem się niemal cofnął. Blizna około ust wystąpiła wyraźnie, drgając nerwowo, jak to już niegdyś zauważyłem. Potarła ją dłonią.

— Winszuję pupila — mówiła — podobne to do pana!

— Panno Dartle — odrzekłem, przychodząc do siebie — niesprawiedliwa pani jesteś.

— Po co siać niezgodę — ciągnęła — pomiędzy tymi dwojgiem, po co dolewać oliwy do ognia? Czy nie dość jeszcze opętała ich oboje duma i upór?

— Mojaż17 w tym wina? — spytałem.

— Po co tu wprowadzać tego jeszcze? — odrzekła.

— Człowiek to srodze pokrzywdzony — odparłem. — Pani musisz wiedzieć o tym.

— Wiem — rzekła sucho, przyciskając dłonią piersi — wiem, że James Steerforth ma fałszywe, zepsute serce, zdrajcą był, jest i będzie, lecz nic a nic nie potrzebuję wiedzieć o tym tam jakimś jegomościu i jego siostrzenicy.