Wirowały szczątki czegoś; ciągniono coś na brzeg pracowicie, z natężeniem muskułów, myśli, spojrzeń. Wyciągnięto go tuż u nóg mych — martwego. Przeniesiono do najbliższego domu. Byłem przy nim, próbując wraz z innymi wszystkich sposobów ratunku. Fale, w które się rzucił, miotając nim zabiły go... Przestało bić szlachetne serce.
Nie było żadnej nadziei. Sam pozostałem przy zwłokach. Z ciężkiej zadumy zbudził mnie rybak, co znał nas, mnie i Emilkę, gdyśmy byli jeszcze dziećmi.
— Panie — mówił ze łzami w oczach i pobladłymi ustami — może by pan z łaski swej wyszedł.
Opierając się na ramieniu, które wyciągnął, by mnie podeprzeć, spytałem go pełen trwogi:
— Czy morze wyrzuciło inne jeszcze zwłoki?
— Tak jest — odrzekł.
— Znane mi?
Nic nie odpowiedział, lecz wiódł prosto na brzeg.
Tam właśnie, gdzieśmy niegdyś, małymi dziećmi będąc, zbierali z Emilką muszle, a gdzie teraz leżały strzaskane burzą ściany dawnej łodzi, obok połamanego dachu, pod który wniósł krzywd tyle, leżał, z głową opartą na ręku tak, jak zwykłem go był widywać śpiącym niegdyś... w szkole.