— Co do mnie — ozwała się ciotka — z przyjemnością wypiję za powodzenie waszej podróży.
— I ja też — dorzuciła Agnieszka.
Pan Micawber udał się tedy niezwłocznie do kawiarni, gdzie go doskonale znano i skąd wrócił obładowany potrzebnymi do zrobienia ponczu ingrediencjami. Zauważyłem, że scyzoryk, którym obierał cytryny, był niezwykłej długości. Ocierał go, z pewną niedbałością o rękaw swego surduta, jak przystało człowiekowi pierwotnych obyczajów. Pani Micawber, z dwojgiem starszych dzieci, została zaopatrzona w takież same praktyczne scyzoryki, a bliźnięta miały uwiązane u pasków olbrzymie drewniane łyżki. W przewidywaniu też życia w pustyni, pan Micawber, chociaż mu nietrudno było dostać w Londynie szklanki, rozlewał poncz w małe, cynowe, podróżne snadź267 kubki. Zdawało się zresztą, że mu ulubiony jego kordiał szczególnie smakuje z tego kubka, który za każdym razem wycierał chustką do nosa i chował w olbrzymiej kieszeni.
— Rozstajemy się — mówił z zadowoleniem — ze zbytkami i wykwintami starego lądu. Obywatele dziewiczych lasów nie mogą przecie korzystać z wytworów cywilizacji krain wolnych i oświeconych.
W tej chwili zawezwano pana Micawbera na dół.
— Przeczucie mówi mi — ozwała się pani Micawber — że to ktoś z mej rodziny.
— Jeśli tak — pan Micawber uniósł się, jak to zwykle bywało przy każdej wzmiance o rodzinie żony — jeśli tak, ów ktoś, czy to on, ona, czy ono, kazał nam na siebie czekać zbyt długo! Niechże teraz poczeka z kolei.
— Mężu — upomniała go z cicha żona — w podobnej chwili...
— Pięknym za nadobne! — wołał pan Micawber, powstając z miejsca. — Odepchnięty byłem.
— Nie ty, ale rodzina moja straciła na tym — upewniała pani Micawber — a jeśli poczuła w końcu, co straciła, i wyciąga dziś dłoń zgody, niechże dłoń ta nie zostanie odepchnięta.