— Holborn Court Nr 2 — odrzekł zagadniony.
— Pan Traddles nabywa, zdaje mi się, wziętości jako prawnik? — spytałem.
— Bardzo być może — odparł obojętnie służący. — Nic o tym panu nie mogę powiedzieć.
Służący, człek w pewnym już wieku, suchy i szczupły, spoglądał z pewnym uszanowaniem na swego towarzysza, barczystego, czarno ubranego mężczyznę, który z powagą kościelnego powstał z miejsca, gdzie siedział w głębi kawiarni wśród ksiąg i papierów.
— Pan Traddles — objaśniał go służący numer pierwszy. — Pan Traddles spod numeru 2 w Holborn Court.
Powagi pełen jegomość skinął głową i zwrócił się ku mnie.
— Pytałem właśnie — rzekłem — o wziętość, jaką rzeczony pan Traddles cieszy się w sądownictwie.
— Nic nie wiem o nim — głośno i dobitnie odrzekł służący numer drugi.
Gotów już byłem ubolewać nad losem przyjaciela.
— Młody to jeszcze zapewne prawnik? — spytał mnie z kolei złowieszczy osobnik. — Od jak dawna jest w sądownictwie?