— Widzę, żeś szczęśliwy — rzekłem — i cieszę się z całego serca.
— Dziękuję ci, mój drogi!
Uściskaliśmy się ponownie.
— Tak, szczęśliwy jestem — potwierdził Traddles. — Patrz, poznajesz starych znajomych? Wazon pamiętasz? A ten marmurowy stoliczek! Reszta umeblowania skromna, lecz wygodna, tylko srebra nie znajdziesz u nas ani na lekarstwo.
— Zdobędziecie się i na to z czasem.
— Na wszystko zdobyć się trzeba. Nie sądź tylko, że nie zaparzamy herbaty. Mamy wprawdzie posrebrzane łyżeczki...
— Tym bardziej połyskiwać wam kiedyś będą srebrne.
— Tak właśnie i my uważamy — ciągnął Traddles, zniżając stopniowo głos i wpadając znowu w poufny ton. — Otóż po sprawie Doe dem Jipes versus Wigzell, która mi wyrobiła imię, udałem się do Devonshire, by się rozmówić z wielebnym Horacjuszem. Utrzymywałem, o czym cię zresztą mogę zapewnić, że nie ma pod słońcem lepszego od Zofii dziewczęcia.
— Wiem o tym.
— Lepszego już nie ma. Ale wsiadam na mego konika, prawda? Miałem mówić o wielebnym Horacjuszu.