— Jak się pan ma, panie Chillip? — rzekłem.
Zdziwił się, spojrzał na mnie jak na nieznajomego.
— Dziękuję panu — odrzekł — mam nadzieję, że i panu zdrowie służy.
— Pan mnie nie poznaje?
Uśmiechnął się uprzejmie, przymrużył oko, przechylił głowę, przypatrując mi się bacznie.
— A tak, istotnie — mówił — znane mi są pańskie rysy, tylko nazwiska przypomnieć sobie tak od razu nie mogę.
— A jednak znanym było panu pierwej niż mnie samemu.
— Doprawdy? Miałżebym honor być obecnym...
— Tak właśnie.
— Ależ się pan od tego czasu musiał zmienić — zauważył dobrodusznie.