Spojrzała na mnie. Rumieniec oblał jej białe czoło.
— I nic mi już więcej, siostrzyczko, nie masz do powiedzenia?
Zbladła, zarumieniła się powtórnie, znów zbladła. Uśmiechnęła się mętnie i potrząsnęła głową.
Zamierzałem wywołać zwierzenie na temat tego, co było domysłem mej ciotki. Przemogłem własne uczucia, zapanowałem nad sercem, obowiązkiem moim było pozyskać jej zaufanie, służyć wedle możności, lecz zauważywszy to jej zmieszanie, nie chciałem nalegać.
— Pracujesz, droga Agnieszko?
— Tak, w szkole — odpowiedziała uspokojona.
— Ciężka to praca.
— Wdzięczna — odrzekła. — Trudem nie mogę jej nazwać.
— Wszystko, co dobre, łatwe ci się zdaje, wiem to.
Znów się zarumieniła, spuściła głowę, zdawało mi się, że po ustach jej przebiegł uprzedni smutny uśmiech.