— Gdy kochałem Dorę, szczerze, jak wiesz...
— Wiem — przerwała mi — i cieszę się teraz.
— Nawet gdy ją kochałem, brakowało mi czegoś do szczęścia, nie byłbym szczęśliwy bez dodatku twej przyjaźni! A gdy straciłem Dorę, cóż bym począł bez ciebie, Agnieszko?
Tuliła mi się w objęcia, oczy jej, spoza łez podniesione na mnie, nieskończoną błyszczały czułością.
— Odjeżdżając z kraju, kochałem cię już, Agnieszko! Kochałem przez cały czas nieobecności. Wróciłem, kochając ciebie.
Usiłowałem opowiedzieć jej walkę, jaką stoczyłem z sobą, wnioski, do jakich doszedłem. Chciałem jej całą otworzyć duszę. Mówiłem, jak mi dopiero teraz błysnęła nadzieja, w jakich zamiarach przybyłem do niej tego dnia. Jeśli tedy kochała mnie i chciała moją zostać, miała mnie całego oddanego sobie. Niewart jej byłem, wiedziałem o tym, tylko moja szczera, głęboka miłość mieć mogła wartość.
O, Agnieszko, nawet w tej chwili słodkich wyznań jasny duch mojej dziecinnej żony zdawał się stawać nad nami i przez ciebie przypominał mi ów wcześnie zwiędły kwiat...!
— Takam szczęśliwa, Trot! Tak przepełnione mam serce... Jest przecie coś, co powiedzieć ci muszę.
— Co, najdroższa?
Oparła mi na ramionach ręce i, patrząc mi słodko w oczy, spytała: