Ślub nasz odbył się dwa tygodnie później w obecności jedynie Traddlesa i jego żony, doktora i pani Strong. Wszystkich pozostawiliśmy w wielkim rozradowaniu i odjechaliśmy. W objęciach tuliłem źródło mych pragnień i natchnień, duszę moją, żonę, którą kochałem niezmienną, stałą, dojrzałą miłością.

— Mężu mój — mówiła Agnieszka — teraz cię już tak nazwać mogę! Mam ci coś jeszcze do powiedzenia.

— Słucham cię.

— Leży mi to na sercu od dnia śmierci Dory. Pamiętasz, posłała cię po mnie?

— Pamiętam.

— Chciała, mówiła, coś ci pozostawić. Czy się domyślasz, co?

Domyślałem się i silniej przycisnąłem żonę do piersi.

— Mówiła, że ma prośbę do mnie. Ostatnią prośbę.

— O co?

— Abym zajęła opróżnione przez nią miejsce.