— Tak — rzekł, zatrzymując się przy drzwiach — tak, istotnie, ja to przeciwny jestem... Ostrzegam pana, panie Copperfield, że jeśli istotnie pan Spenlow ma coś przeciw temu...
— Osobiście nic nie ma, jak mnie upewnił — rzekłem.
— Och! Osobiście! — powtórzył z widoczną niecierpliwością. — Ja zaś upewnić mogę pana, że jest w tym coś. Nie! Nie ma nadziei, życzenie pańskie nie może być spełnione, co zaś do mnie, mam... mam ważny, niecierpiący zwłoki interes...
Wybiegł po prostu z tymi słowy; przez całe trzy dni nie spotkałem go ani razu.
Pragnąc wyczerpać wszelkie możliwości, doczekałem się powrotu pana Spenlow i prosiłem go, aby użył swego wpływu dla zmiękczenia wspólnika.
— Nie znasz go, nie znasz tak, jak ja go znam — mówił, kiwając głową. — Daleki jestem od oskarżania wspólnika mego o przebiegłość, lecz wyznać muszę, że pan Jorkins dziwny miewa czasem sposób wypowiadania się, zawsze zaś, niestety, niewzruszony bywa w raz powziętych postanowieniach. Nic go nie wzruszy, nic, wierz mi, kochany Copperfieldzie!
Gubiłem się w domysłach, który z dwóch wspólników był bardziej niewzruszony, i to tylko nie było dla mnie zagadką, żem nie mógł już marzyć o wycofaniu wyłożonych przez ciotkę pieniędzy. Opuściłem kancelarię kierując, kroki do mego mieszkania.
Starałem się wyobrażać sobie najgorsze, z najgorszym się oswajać i wytknąć sobie pewną linię postępowania wśród trudnych tych okoliczności, gdy dogonił mnie i zatrzymał się tuż obok jakiś pojazd. Podniosłem głowę. Ujrzałem wyciągniętą zza zasłony rękę i twarz, której widok napełniał mnie zawsze błogim wzruszeniem, odkąd ją po raz pierwszy ujrzałem pochyloną nad poręczą schodów starego domu, twarz przypominającą słodkie piękności na kościelnych malowane witrażach.
— Agnieszka! — zawołałem uszczęśliwiony. — Kochana moja Agnieszka! Co za miłe, w tej zwłaszcza chwili, spotkanie!
— Czy naprawdę? — spytała, witając mnie przyjaźnie.