Trzęsła się z oburzenia, wyrywając mi go z rąk, po czym słabo się jej zrobiło i trzeba było ją poić winem. Naturalnie w następstwie tej sceny zakazano mi stanowczo dotykać się, nawet z lekka, do mego brata i chociaż matka moja zdawała się żywić wręcz przeciwne zdanie, ze zwykłą swą łagodnością przystała na żądanie panny Murdstone.
— Masz oczywiście rację, Jane! — powiedziała.
Innym znów razem ten sam kochany braciszek (pokochałem go sercem całym, jako dziecko mej matki) stał się nieoczekiwanie powodem gniewu panny Murdstone. Matka moja, wpatrując się w oczęta spoczywającego w objęciu dziecka, zagadnęła nagle:
— Davy, chodź tu, bliżej — po czym zaczęła przypatrywać się uważnie moim oczom.
Panna Murdstone opuściła na kolana stalowe swe paciorki.
— Najzupełniej podobne — ozwała się z zadowoleniem matka — najzupełniej, po mnie wziąć je musieli, są tego samego co i moje koloru, dziwnie podobne!
— Co mówisz? Klaro! — surowo spytała Jane Murdstone.
— Kochana Jane — nieśmiało odrzekła z nagła zagadnięta matka moja — znajduję podobieństwo pomiędzy oczyma Davy i małego.
— Zwariowałaś chyba, Klaro! — zdecydowała z niezadowoleniem panna Murdstone.
— Ależ, kochana Jane!...