— Och! proszę cię, nie mówmy o tym — odparła ze złością panna Murdstone.
— Ale tak, tak — twierdziła matka moja — wszystkim to wiadomo i ja sama korzystam... to jest powinna bym korzystać ze światłych rad twych i wskazówek. Uznaję, wierz mi, uznaję więcej niż kto bądź...
— O! tak, nie możemy zrozumieć tego chłopca — mówiła z godnością panna Murdstone, poprawiając stalowy łańcuszek na ręku. — O! tak! nie jesteśmy zdolni zrozumieć i zgłębić tej studni wszelkich doskonałości. Zgadzam się z tym, zgadzam. Bratu memu przynajmniej może przyznana zostanie większa przenikliwość. Właśnie miał coś powiedzieć w tym względzie, gdyśmy mu przerwały... jak sądzę, niezbyt grzecznie.
— Istotnie, Klaro! — ozwał się cichym, głębokim głosem pan Murdstone — nie możesz być bezstronnym sędzią w pewnych kwestiach.
— Wiem, Edwardzie — odrzekła nieśmiało matka — że we wszelkich kwestiach i ty, i siostra twoja bieglejszymi ode mnie bywacie sędziami, i to tylko chciałam powiedzieć...
— Z pewnością coś niedorzecznego — odparł pan Murdstone — powinnaś bardziej panować nad sobą.
Usta matki mojej poruszyły się, jak gdyby szeptały: „Zapewne, drogi Edwardzie”, nie wydały jednak żadnego dźwięku.
— Z przykrością zauważyłem — ciągnął pan Murdstone, zwracając się do mnie — twe ponure usposobienie i nie mogę zezwolić, aby się ono rozwijało pod mym okiem. Konieczne jest, abyś starał się zmienić lub... my się o to postaramy.
— Przepraszam pana — próbowałem się bronić — dawniej nie byłem ponury...
— Nie zasłaniaj się kłamstwem — huknął tak, że aż matka moja pobladła i mimo woli wyciągnęła ku nam ręce. — Wiem, co mówię. Chowasz się po kątach, przesiadujesz godzinami całymi w swoim pokoju. Wiedz, że chcę, wyraźnie chcę, abyś ciągle dotrzymywał nam towarzystwa, tu pod naszym okiem. Znasz mnie i wiesz, że umiem, gdy potrzeba, nakazać ci posłuszeństwo.