Tu łkania mówiącej wzmogły się do tego stopnia, że przerażony pobiegłem do klubu po biesiadującego tam małżonka. Siedział on przy długim stole, wtórując śpiewającym chórem:
Nalej Dobbin,
Dalej Dobbin,
Wychyl Dobbin!
Nalej Dobbin...
Na wieść o stanie, w jakim się znajdowała jego połowica, rozpłakał się i wybiegł za mną z surdutem pokrytym odłamkami skorupek raków, które właśnie spożywał.
— Co ci jest, aniele mój! Emmo! — wołał, wpadając do celi.
— Nie opuszczę cię nigdy, nigdy! — wołała, rzucając mu się w objęcia żona.
— Święcie ci wierzę, aniele mój! Przekonany o tym jestem.
— Jest on rodzicem dzieci moich, rodzicem bliźniąt, małżonkiem moim — wołała łkając kobieta — i nie opuszczę go nigdy, nigdy!