— Dobranoc — odrzekłem.
— Bądźmy przyjaciółmi — zaśmiał się nieznajomy. — Daj mi rączkę!
Prawa moja ręka była w ręku mej matki, wyciągnąłem lewą.
— Któż podaje lewą rękę! — śmiał się nieznajomy.
Matka uwolniła moją prawą rękę, lecz byłem zdecydowany nie podać jej temu panu. Podałem mu znów lewą, uścisnął ją, powiedział, że jestem grzecznym i miłym dzieckiem, czy coś podobnego, i odszedł.
Widzę go odchodzącego! Widzę złowieszcze spojrzenie jego czarnych oczu, które padło na nas, zanim zniknął za drzwiami.
Peggotty, która milczała przez cały ten czas, wwiodła22 nas do pokoju. Matka moja nie usiadła, jak zwykle, w fotelu, lecz pozostała w drugim końcu pokoju, nucąc coś z cicha.
— Spodziewam się, że pani przyjemnie spędziła wieczór — spytała Peggotty, stając nieruchomo jak beczka na środku pokoju, z lichtarzem w ręku.
— Dziękuję ci, duszko — odrzekła wesoło moja matka. — Bardzo przyjemnie.
— Nowe znajomości, lub coś podobnego, przynoszą zwykle rozrywkę...