— O, nie! Nigdy! — potwierdziłem. Ufny i młody, wierzyłem w to święcie.

— Nie mogę sobie jakoś tego wytłumaczyć — pan Dick potrząsnął głową — jest w tym coś... Dość, że człek ów zjawił się wkrótce jakoś po przeniesieniu niektórych trosk z głowy króla Karola na moją głowę. Właśnie przechadzaliśmy się z panią Trotwood po herbacie, noc już zapadła; wtem...

— Wyszedł na was? — spytałem.

— Czy wyszedł? Nie — tu pan Dick zebrał uwagę. — Wcale nie wychodził.

— Jakże... cóż robił?

— Oto... wcale go nie było, wtem zjawił się, zaszeptał coś, a wtedy ona odwróciła się i zemdlała. Stałem i patrzyłem na niego, dopóki nie odszedł. W tym rzecz, że się odtąd gdzieś przechowuje. Gdzie? Może w ziemi, w krzakach może.

— Przechowuje się? — spytałem niedowierzająco.

— Niewątpliwie — odrzekł z powagą — przechowywał się aż do dnia wczorajszego. Znów wyszliśmy na wieczorną przechadzkę i znów zjawił się nagle. Poznałem go.

— I znów się ciotka przelękła?

— Drżała jak listek — odrzekł, dzwoniąc zębami — chwyciła się ogrodzenia, płakała. Ale co więcej — dodał, przyciągając mnie do siebie i szepcząc mi na ucho — czego zrozumieć nie mogę, to że mu, widziałem to przy księżycu, dawała pieniądze.