Chociaż nic o tym nie wiedziałem, czułem się w obowiązku potwierdzić dla podtrzymania dobrej sławy rodzinnego mego kraju.
— A konie — ciągnął William — jakie to bestie! Koń z Suffolk na wagę złota! Czy pan hodował konie?
— N...ie, to jest, niezupełnie — odrzekłem.
— Ten tam, za nami siedzący dżentelmen hoduje ich całe stada.
Wskazany jegomość był zezowaty, z wystającym podbródkiem, w wysokim, białym, o wąskim brzegu kapeluszu, w ciasnych pantalonach i zapiętych na guziki kamaszach, a podbródek jego znajdował się w tak bliskim sąsiedztwie ramion woźnicy, żem czuł jego oddech na mych włosach. Obejrzałem się ciekawie.
— A co, prawdę mówię? — spytał go woźnica.
— Co czy prawda? — odrzekł.
— Że pan hodujesz całe stada tych koni?
— Tak sądzę — odrzekł jegomość. — Hoduję psy i konie. Są ludzie, którzy się kochają w psiarni i stadninie, którym psy i konie starczą za żywność, żonę, rodzinę, za czytanie, pisanie, arytmetykę, cygara, tabakę, za sen nawet!
— Źle się złożyło, że taki znawca koni siedzi w głębi dyliżansu — szepnął mi na ucho woźnica, popędzając konie.