— Cóż, Davy — pytał Steerforth, wstając — chcesz być upiększony?

— Dziękuję pani, nie dzisiaj — odrzekłem.

— Nie wymawiaj się, kotku — upewniała, przypatrując mi się z miną znawczyni — wyraźniejsze brwi nie zaszkodzą.

— Dziękuję pani — powtórzyłem — innym razem.

— Tylko chwilkę — nalegała — wystarczy na całe dwa tygodnie.

— Nie, dziękuję pani, nie teraz.

— No! Tak troszeczkę, co? Nie? Złażę z rusztowania. Chyba ten wąsik... co?

Zarumieniłem się. Była to bowiem słaba moja strona. Panna Mowcher przekonawszy się, że nie byłem w usposobieniu i że mnie nie skusi flaszeczką, którą podnosiła, przypatrując się dla większej zapewne zachęty jej zawartości, zgodziła się odroczyć usługi swe i prosiła o zdjęcie jej ze stołu. Z naszą pomocą znalazła się wkrótce na podłodze i żywo zaczęła wiązać pod brodą wstążki od kapelusza.

— A honorarium? — spytał Steerforth.

— Pięć klapsaczy. Co? Psie pieniądze, prawda, kotki wy moje! — zawołała. — Jaka ze mnie trzpiotka, panie Copperfield?