— Niech się ciotka uspokoi — perswadowałem. — Nie ma się czego bać. Niech ciotka wejdzie do któregoś tu sklepu, a ja się rozprawię z tym jegomościem.
— Za nic, za nic! — zawołała. — Nie trzeba, abyś z nim mówił. Proszę cię, zabraniam!
— Ależ na Boga, ciotko! To jakiś bezczelny żebrak.
Zatrzymaliśmy się w pustej bramie. Mężczyzna ów też się zatrzymał.
— Nie patrz na niego, nie oglądaj się — mówiła ciotka, od zmysłów niemal odchodząc. — Ot, zawołaj mi lepiej dorożkę, a sam tu na mnie poczekasz.
— Mam cię puścić samą?
— Tak, samą, muszę — odrzekła stanowczo — samą z nim.
— Z nim? Z tym nieznajomym?
— Nie, nie zwariowałam, dziecko moje, wiem, co robię, i mówię ci, że muszę się z nim rozmówić. Zawołaj dorożkę.
Zdziwiony, czułem jednak taką stanowczość w powziętym przez ciotkę zamiarze, że się nie ośmieliłem jej sprzeciwiać. Zawołałem dorożkę i zanim zdołałem wsadzić ciotkę, wskoczyła w nią sama, a nieznajomy, jak gdyby to od dawna umówione było, za nią, tak zaś energiczny był ruch ręki ciotki, żem się od nich odwrócił mimo woli i słyszałem tylko wydany dorożkarzowi rozkaz „wprost przed siebie, byle gdzie”.