— Tak! Tak! — rzekł o wiele obojętniej gospodarz. — Bardzo być może.

— Jeśli się nie mylę — mówiłem, spoglądając na Tomcia — byliśmy razem w Salem House. Poczciwy to był chłopak.

— Zapewne — mówił, potakując obojętnie głową, gospodarz domu — zapewne, poczciwy chłopak!

— Ciekawe doprawdy spotkanie — zauważyłem.

— Zapewne, ciekawe wydarzenie, że się tu właśnie znalazł dziś Traddles, zaproszony dopiero przed kilku godzinami, dla zajęcia miejsca brata pani Spiker, który właśnie zasłabł. Niepospolity to człowiek brat pani Spiker, upewnić o tym pana mogę, panie Copperfield.

Zgodziłem się na to chętnie, tym chętniej, żem nie znał tego jegomościa, śpiesząc spytać, czym się pan Traddles zajmuje.

— Traddles — odrzekł pan Waterbrook — jest młodzieńcem przygotowującym się do adwokatury. Ta-a-k! Poczciwy chłopiec, tylko że sam sobie jest wrogiem.

— Sam sobie wrogiem? — spytałem zasmucony.

— Zapewne — mówił pan Waterbrook, wydymając usta i bawiąc się od niechcenia dewizką od zegarka. — Przekonany jestem, że nigdy nie dojdzie do pięciuset, na przykład, funtów szterlingów. Był mi polecony przez pewnego kolegę. O, tak, posiada pewne zdolności, dobrze przepisuje akty, wcale kaligraficznie, toteż znajdzie się tam coś dla niego z czasem.

Uderzony byłem spokojem i wyniosłością, z jaką pan Waterbrook wygłaszał pochwałę Tomcia, a zwłaszcza z jaką wymawiał słowo „z czasem”! Ile w tym jednym słowie było wyrazu! Rzekłbyś, człek urodzony w czepku, który bez najmniejszego wysiłku wspiął się na najwyższe społeczne szczeble, by ze szczytów spoglądać dobrotliwie na zwykłe ludzkie padoły.