— Dziękuję! O! Dziękuję panu! — wołał, wyciągając chustkę do nosa i ocierając spotniałe ręce. — Panna Agnieszka, panie Copperfield...

— I cóż? — spytałem. — Co? Uriahu!

— O! Jakże mi miło, że pan, panie Copperfield, tak mnie bez ceremonii, po imieniu nazywa — wołał, rzucając się konwulsyjnie, jak ryba na lodzie. — Zauważył pan, panie Copperfield, jak panna Agnieszka ślicznie dziś wyglądała?

— Sądzę — odrzekłem — że zawsze wygląda ślicznie, wyższa jest pod każdym względem od otaczających ją ludzi.

— Dziękuję! O, dziękuję panu!

— Nie ma powodu, abyś mi dziękował — odparłem chłodno.

— Owszem, o, owszem, panie Copperfield! Na tym właśnie polega moje zwierzenie.

Wycierał ręce, patrząc na przemian to na mnie, to na płonący na kominku ogień.

— Pokorny jestem — ciągnął słodziutko. — Pokorna jest i matka moja; wiemy, jak skromne jest nasze stanowisko, lecz pod niziutkim naszym dachem obraz panny Agnieszki... O, niech mi pan wybaczy, że go obarczam moją tajemnicą, od pierwszego naszego spotkania natchnąłeś mię pan, panie Copperfield, ufnością bez granic. Obraz panny Agnieszki pod niskim naszym dachem, jako też w sercu moim, wyrył się od lat wielu. O! Panie Copperfield, świętą mi jest nawet ziemia, po której stąpa moja Agnieszka!

Zdejmowała mię szalona chęć porwać rozpalony z komina ożóg276 i rzucić mu nim w twarz.