— Nie wiem — rzekłem — co może pani nasuwać na myśl...

— O! Panie Copperfull — przerwała mi z emfazą — matką przecie jestem.

Przez chwil kilka przytrzymywała ręką bijące pod nankinowym kaftanem serce. Dla pokrzepienia się nalała sobie ponownie kieliszek koniaku.

— Kiedy szanowna ciotka pańska, panie Copperfull — ciągnęła — najęła tu dla pana mieszkanie, pomyślałam sobie: dobrze, teraz to już mam kogo macierzyńskim otoczyć staraniem. Pan nic nie je, nie pije.

— I na tym pani zasadza swe wnioski? — spytałem.

— Panie! — odrzekła, popadając w surowość, z godnością i powagą. — Niejeden tu już u mnie mieszkał młodzieniec. Młody dżentelmen bywa zwykle nazbyt lub za mało sam o siebie dbały; szczotkuje swe włosy i wygładza nadto lub za mało; nosi za szerokie lub za ciasne buty, zależy to już od jego osobistych poglądów, lecz pod tymi czy owymi pozorami jest zawsze, jak trafić: panienka.

Potrząsnęła przekonywająco głową. Nie było rady. Zbyt pewna była swej argumentacji.

— Młody człowiek, który tu mieszkał przed panem, panie Copperfull, i umarł — dowodziła przekonywająco — zakochał się był w szynkarce z przeciwka. Wnet zażądał uprania poplamionej winem kamizelki.

— Prosiłbym panią, pani Crupp — ozwałem się — o niezestawianie osoby, o której myślę, z szynkarką lub jej podobnymi młodymi osobami.

— Panie Copperfull — zawołała obrażona — mam przecie macierzyńskie serce. Najusilniej przepraszam pana, jeśli mu coś o tym wspomniałam, nie lubię się narzucać ze swą radą i doświadczeniem. Lecz jako młodemu człowiekowi ośmielę się raz jeszcze zalecić, abyś nie upadał na duchu. Może byś pan zajął się kręglami. Zdrowa to gra i dobrze by panu zrobiła, rozerwałaby myśl pańską.