— Cieszę się niewymownie, że cię widzę — rzekłem siadając.
— I ja się cieszę — odrzekł — cieszę się z całego serca i dlatego to, wiedząc, że ci równie jak mnie miłe było to niespodziane spotkanie na Ely Place, dałem ci ten adres, zamiast adresu kancelarii.
— Masz kancelarię? — spytałem.
— Tak — odrzekł. — Właściwie mówiąc, ćwierć kancelarii i ćwierć sekretarza. Dla łatwiejszego odrabiania interesów połączyliśmy się we czterech, składając na kancelarię i sekretarza. Kosztuje mnie to pół korony na tydzień.
W uśmiechu, z jakim opowiadał mi te szczegóły, błyskał dawny jego humor, łagodność i skromność.
— Nie przez dumę to i pretensję — objaśniał — daję zwykle tamten adres, ale przez wzgląd, że nie każdemu miło tu może zachodzić. Co do mnie, walczę jak mogę z trudnościami niełatwymi do pokonania i nie mam prawa być wymagający.
— Aplikujesz w adwokaturze? — rzekłem.
— A tak! — odrzekł pomału, zacierając rękę o rękę. — A tak, aplikuję, za późno nieco, lecz opłacie stu funtów podołałem z trudnością. Z trudnością!
Skrzywił się, jak gdyby mu ząb wyrywano.
— A czy wiesz, o czym myślę, patrząc tu na ciebie, kochany chłopcze? — spytałem.